sobota, 25 marca 2017

Wystawa klocków Lego


Niedawno zabrałam synów do Metropolii, aby zobaczyć wystawę klocków Lego.

Choć nie lubię galerii handlowych i tłoku, chciałam poznać największe wydarzenie roku dla dzieci  ( jak głosi reklama).
Muszę przyznać, że wystawa  zrobiła ogromne wrażenie zarówno na moich dzieciach jak i na mnie.








Ta ilość eksponatów wykonanych z malutkich klocków!  Nigdy nie sądziłam, że można tyle zbudować. Wystawa jest podzielona na dwie sale. W pierwszej z nich znajdują się eksponaty. Ich tematyka jest różnorodna. Od wiosek indiańskich, przez średniowieczne zamki,po pałac w Wersalu.



Jest  także lekcja historii-   powstanie warszawskie, a nawet czasy PRLu i stanu wojennego.

Nie zabrakło również konstrukcji dla miłośników Star Wars, pojazdów specjalnych, czy zainteresowanych anatomią człowieka. Jednak największą atrakcją są postaci sportowców, między innymi Lewandowskiego i Gortata oraz ogromy samolot United State of America. W osobnym pokoiku można obejrzeć tematyczny film.

                     


Obejrzenie wystawy zajmuje ok godziny. Potem przechodzi się do drugiej sali- raju dla wszystkich młodych konstruktorów z kloców Lego. Można samemu zbudować dowolną konstrukcję i się nią pobawić. A jest gdzie, bo stanowisk do zabawy jest kilka. Nawet nie wiadomo, kiedy upłynęła druga godzina. Moi synowie oczywiście nie chcieli stamtąd wyjść, tymbardziej, że droga do wyjścia prowadzi przez sklep pełen klocków.



Gdy byłam małą dziewczynką o klockach Lego mogłam tylko pomarzyć.
Dobrze, że moje dzieci mogą te marzenia zupelnie normalnie zrealizować.

Wystawę polecam.
Jest to bardzo atrakcyjna i wartościowa forma wspólnego spędzenia czasu.
 Jednak odradzam wizytę w weekendy, gdyż jest mnóstwo ludzi, kolejka do kasy ( bilety można tez nabyć online). Wystawa czynna do 14 maja.
bilety 18-22 zł, szatnia 2 zł od kurtki
Gdańsk Galeria Metropolia


To nie jest post sponsorowany.

sobota, 18 marca 2017

BLONDYNKA i chleb dla łabędzi...

 Nadchodzi wiosna. Coraz ładniejsza pogoda sprzyja spacerom nad morzem. 



Mieszkam blisko plaży, więc co weekend widzę zmierzających w tę stronę ludzi. Nie ma w tym nic wyjątkowego, sama też czasem zrobię sobie  przerwę, aby pobiegać lub pochodzić z kijkami. Właśnie ostatnio, gdy widziałam, jak ludzie dokarmiają, wyciągniętymi z reklamówki kawałkami chleba, nadmorskie ptactwo, między innymi łabędzie ( czego nie powinno się robić pieczywem!), przypomniałam sobie jedną historyjkę sprzed lat.



Będąc młodą studentką filologii polskiej, która sumiennie czyta sto książek rocznie, nie miałam czasu na studenckie imprezy. Jednak razu pewnego na III roku studiów, nie wytrzymałam „ciśnienia” i podczas uczenia się do zimowej sesji, ruszyłam z koleżanką na dyskotekę. W oczach skakały mi literki Zamka kaniowskiego, więc czas było na zmianę. Impreza w klubie studenckim Ygrek była niezwykle udana! Wprawdzie od rąbanek techno niemal straciłam słuch, ale za to poznałam studenta nawigacji Akademii Morskiej, Kubę. Był wysoki i przystojny, jak to mundurowy, i równie zakręcony jak ja…a może tylko oszołomiony tym hałasem.  Z tej znajomości nie wynikło nic szczególnego. Jeśli czekacie na love story to sorry, nie tym razem. Jednak zaistniała jedna zabawna sytuacja, związana z Kubą i łabędziami.

Jakiś czas później wybrałam się koleżanką z pokoju na koncert Michała Bajora, który zawitał do Teatru Muzycznego w Gdyni. Po koncercie, tłoczeniu się w szatni i przepychaniu przez tłum po autograf, poczułyśmy się bardzo głodne. A że godzina była późna i sklepy pozamykane ( oprócz monopolowych), wpadłam na pomysł, żeby niespodziewanie ( wtedy nie było jeszcze telefonów komórkowych. Dzwoniło się do akademika na portiernię; pani łączyła z odpowiednim piętrem i ktoś telefon odbierał, po czym informował właściwą osobę) odwiedzić Kubę, który mieszkał w akademiku obok teatru, nad samym morzem. Zazdroszczę im widoku z okna do dziś.





Idziemy, pomimo oporów koleżanki. Nie wypada wpraszać się kolację do nieznajomych, ale idziemy.  Zostawiamy na portierni legitymację, aby pani w „ akwarium” miała nasze namiary. Szukamy pokoju, w którym mieszka Kuba. Akademik zdecydowanie męski. Idziemy długim korytarzem.  Każdy napotkany  przypadkowo mieszkaniec, uważnie się nam przygląda. Wreszcie jest pokój 317. Pukamy. Drzwi otwiera Jacek.
 -Cześć, jest  Kuba? Akurat go nie było.  -A macie może trochę chleba dla łabędzi? Jacek popatrzył na nas z czymś na kształt zrozumienia i litości w oczach. Jakby znał nasze myśli.
-Co, głodne jesteście?
Nie dało się ukryć. W ten sposób wprosiłyśmy się na kanapkę z dżemem i herbatę do przyszłych nawigatorów.  A niełatwo było wcale znaleźć coś do jedzenia, pomiędzy bogatym arsenałem butelek.
Po chwili dołączył Kuba. Lekko zaskoczony naszym widokiem, acz chyba zadowolony. Kolacja trwała dłuższą chwilę, podczas której przez pokój gospodarzy przewinęło się co najmniej kilku kolegów, którzy akurat coś musieli pilnie pożyczyć lub Kubie oddać, natrafiając "przypadkowo" na nasze odwiedziny, dokładnie "sknując" nas wzrokiem.
 Wesoły był wieczór, jak to w akademiku, choć łabędzie na plaży pozostały głodne...ale może to i lepiej, że chleba nie dostały, przynajmniej się nie rozchorowały.
(Słyszałam  opowieści innych kolegów studentów, że dokarmiali łabędzie ogórkami kiszonymi, ale nie wiem, czy to prawda, czy tylko bujna wyobraźnia przyszłych literatów…)

Udanych wiosennych spacerów !:)






Zdjecia  pochodzą ze strony 


https://pixabay.com/pl/photos/?orientation=&image_type=&cat=animals&colors=&q=&order=popular&pagi=2

niedziela, 12 marca 2017

Bajki (terpeutyczne) w życiu dzieci


Niepokoje dzieci


 Ostatnio miałam okazję diagnozować dzieci poprzez rysunek rodziny. Oczywiście, metoda taka jest tylko dodatkowa, nie może stanowić głównego trzonu diagnozy, bowiem jest narzędziem projekcyjnym i interpretacja wyników jest w dużym stopniu subiektywna. Aczkolwiek może stanowić dodatkowe źródło wiedzy o dziecku.
O analizie wyników napiszę osobny tekst, dziś chciałabym podzielić się dość smutną refleksją o tym, jak widzą świat dzieci.
Większość rysunków była autorstwa uczniów klasy 1 i 2. wynikało z nich, że dzieci są w dużej mierze pełne niepokoju, lęku. Czasem stawiają siebie poza rodziną,która albo się rozpada albo  atmosfera w niej nie jest sprzyjająca do bezpiecznego rozwoju dziecka.
Co robić, jeśli dzicko ma koszmary senne, przeżywa rozpad rodziny, śmierć bliskiej osoby, czy nawet pojawienie się w domu rodzeństwa?




Jedną ze skutecznych metod wspierania dziecka w trudnej sytuacji jest bajkoterapia.
Od pewnego czasu zajmuję się pisaniem bajek, również terapeytycznych i widzę, że to naprawdę działa. Mój syn, blisko siedmiolatek, od roku kocha Star Wars. Nie jestem tym zachwycona, gdyż to film pełen agresji i różnyc dziwnych istot, jak to science fiction.  No i właśnie po obejrzeniu jednej części  ( tata mu włączył, gdy nie było mnie w domu) mój syn zaczął przychodzić w nocy do naszego łóżka, drżący ze strachu. Widziałam naprawdę przerażenie w jego oczach.
Byłoby to może zrozumiałe, gdyby trwało przez tydzień lub dwa, ale mój syn tak się "nakręcał" jedną z postaci ( Zmiennokształtną, jeśli Wam coś to mówi, bo mi nie), że musiałam podjąć kroki, aby jego lęk zredukować. Przeszliśmy przez włączoną w nocy małą lampkę, spanie z ulubionym pluszakiem, trzymanie za rękę przy zasypianiu. Niewiele to jednak pomogło. Rewelacyjne natomiast okazały się bajki terapeutyczne. Po serii bajek redukujących lęk, syn od dwóch miesięcy spokojnie przesypia całą noc, nie przychodzi do naszego łóżka. Jeśli w nocy się obudzi, włącza małą lampkę i to już wystarcza, aby zasnął dalej.



Jaka jest rola bajek ?

  Pisałam już nieco na ten temat w artykule Cudowny świat baśni.
Dziś zawężam temat tylko do bajkoterapii.
Bajki i baśnie to najbliższe dziecku utwory, w których świat realny współistnieje ze światem fantastycznym, tworząc zrozumiałą rzeczywistość. Utwory te są jedną z metod docierania do dziecięcego świata wewnętrznych przeżyć, uczuć, emocji, problemów. Pokazują  nowe wzorce zachowań i radzenia sobie z trudnymi sytuacjami w szkole lub w domu.

 Bajkoterapia to jeden z elementów terapii pedagogicznej; doczekała się formalnego uznania przez polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej, które  w 2011 roku włączyło ją do zestawu metod terapeutycznych, obowiązujących w szkole.
Bajkoterapia jest jedną z odmian biblioterapii.


 Co to jest biblioterapia?

 Nie jest  to bynajmniej czytanie  Biblii, choć to skarbnica motywów literackich. Prosto rzecz ujmując biblioterapia- to terapia poprzez książkę. Korzeniami podobno sięga już czasów starożytnych. Wiadomo zaś na pewno, że  w XIII wieku w Egipcie czytano Koran w celach terapeutycznych. Natomiast w Europie w XVIII wieku włączono religijne teksty do leczenia chorych na choroby psychiczne. Wkrótce potem teksty świeckie uzyskały to samo znaczenie.
Znana jest na przykład postać Szeherezady, która opowiadając sułtanowi baśnie, leczyła go z depresji.




 Czym jest bajkoterapia? 

 Jest to szczególny rodzaj terapii dzieci, w którym wykorzystuje się bajki do tego, aby wzmocnić, wzbogacić zasoby osobiste dziecka lub pomóc mu w trudnych sytuacjach życiowych, takich jak rozwód rodziców, śmierć członka rodziny albo też narodziny rodzeństwa.

 Bajka terapeutyczna ma swój specyficzny charakter i nie może być przypadkowym tekstem. Powinna ukazywać konstruktywne sposoby radzenia sobie z problemem, wypracowywać inny rodzaj myślenia o trudnej sytuacji. Przede wszystkim musi być zrozumiana przez dziecko,  czyli napisana w  przystępny dla niego sposób; prostym, ale poprawnym językiem; pozbawiona symboliki czy alegorii.





 Cele bajki terapeutycznej

 Bajka terapeutyczna pomaga dziecku lepiej zrozumieć otaczający go świat i powinna dawać nadzieję w trudnej sytuacji życiowej. Poprzez naśladownictwo i identyfikację z bohaterem, dziecko poznaje nowe sposoby radzenia sobie w trudnej sytuacji.
 A młody czytelnik jest szczególnie podatny na powielanie schematów, gdyż nie ma jeszcze dużego doświadczenia  i  repertuaru własnych zachowań.

 Bohater bajki jest odbierany przez dziecko w wyniku kreowania w jego wyobraźni. Kiedy  bohater posiada już swoją tożsamość,  zachodzi relacja pomiędzy nim a młodym czytelnikiem.
 Jeżeli bohater przedstawia inny sposób myślenia i zachowania niż dziecko, po pewnym czasie młody czytelnik konfrontuje je ze swoim zachowaniem, a w konsekwencji później uznaje  za własne.

 Jednak warunek jest taki, żeby losy bohatera przypominały losy dziecka.


Działanie bajki teraputycznej

 Bajka terapeutyczna ma szczególną moc, gdyż pomaga pokonać lęk, odwrażliwić dziecko na niektóre lękotówrcze sytuacje lub osoby. Dokonuje się to przez oswojenie dziecka z trudnymi sytuacjami, zdarzeniami lub postaciami, wywołującymi u dziecka lęk.
 Dzięki częstemu kontaktowi małego czytelnika z bodźcem, stopniowo zmniejsza się jego napięcie, aż w końcu lęk znika.

 Myślę, że do  bajek terapeutycznych nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Czytanie dzieciom tekstów przed snem może być nie tylko miłym zwyczajem, ale również sposobem na skuteczną domową terapię.  Oczywiście efektu nie należy spodziewać  się od razu, ale  jak wiadomo, kropla drąży  kamień. 



Polecane przeze mnie książki

Doris Brett, Bajki, kótre leczą.
Maria Molicka, Bajkoterapia
Hanna Szaga, Bajki terapeutyczne



Polecam równie mój artykuł Cudowny świat baśni



Bibliografia do tego arytukułu:

 I. Ramik- Mażewska, Miejsce terapii w szkole- uniwersalne aspekty bajkoterapii [w:]D. Baczała, J. Błeszyński, Terapia Logopedyczna, 2014 
D. Brett, Bajki, które leczą cz. 1,  2006



sobota, 4 marca 2017

Motoryzacyjna przygoda blondynki...


Uwaga blondynki !  Znacie ten dowcip?

Blondynka jedzie autem, pusta droga, przy której rośnie jedyne w okolicy drzewo. Blondynka uderza w drzewo. Policjant pyta:
-Jak pani to zrobiła, to było jedno jedyne drzewo w okolicy!?
- No właśnie nie wiem, przecież trąbiłam!


Też jestem blondynką za kierownicą, choć nie trąbię na drzewa. Niedawno jednak miałam przygodę na miarę prawdziwej BLONDYNKI.
Przez wiele lat jeździłam autem- limuzyną, które informowało o wszystkich swoich potrzebach. Czyli zapiąć pasy, zamknąć drzwi, dać jeść...
Jednakże auto  było za duże, jak na malenkie parkingi miejskie, więc zainwestowałam z radością w małe, miejskie auto- Toyota Yaris. Uwielbiam je, na prawdę! Nie dość, że od razu rusza z kopyta na skrzyżowaniach, ( poprzednie to było audi- czołg na diesel, którego trzeba było dobrze kopnąć, aby ruszył), to jeszcze daje się zaparkować tyłem ( o czym nawet nie mogłam pomarzyć z audii).



Dzieci spokojnie się do niego mieszczą, nawet wejdzie do bagażnika kilka siatek
 ( wózek nie!).
 Jest CUDOWNE! Pali może nieco zbyt dużo, ale właściwie jeżdżę często na zimnym silniku, więc nie ma co się dziwić. Jest za to jedna ZASADNICZA WADA tego auta. Nie informuje, jak jego poprzednik, o swoich potrzebach.  Może inaczej, informuje, ale o jednej nie tak bardzo, jakbym chciała...

Mam samochód pierwszy miesiąc. Mąż daleko daleko... Cieszę się moim kochanym autem, jeżdżąc tu i tam, dowożąc dzieci do szkól i na zajęcia. Standard matki - kierowcy.
Pewnego dnia wybieramy się na urodzinki kolegi mojego syna.  Zima. Środek tygodnia, godz 17, ciemno, pada śnieg. Na głównych ulicach Gdańska korek, a musimy przejechać z jednego końca miasta na drugi. Spóźnimy się, nie ma szans. Co chwila stajemy na światłach. Powoli się ciągniemy jeden za drugim.



Wreszcie ruszam, zjeżdżam na prawy pas, bo będę skręcać. Ale coś nie mogę przyśpieszyć. Wciskam pedał gazu i nic. Moc spada i spada. Auto się zatrzymuje!

- Co jest? Zepsuło się?  Cholerne autohandle,  zawsze bubel wcisną- sobie myślę.
Ale działam szybko. Spycham auto na parking ( szczęście w nieszczęściu było miejsce zaraz obok mojego pasa i nikt za mną nie jechał!). Jakiś pan mi pomaga, bo trochę ciężko. Dziękuję, pan sobie idzie.
- Cholera, co jest? - myślę- Co robić, do kogo dzwonić?
 Dzieci pytają, dlaczego nie jedziemy, przecież Kuba ma urodziny i dzieci się już bawią w sali zabaw.
Natchnienie! Sprawdź paliwo! Oczywiście ZERO. Blondynka nie zatankowała! :)


Gdy zadzwoniłam do przyjaciół, rodziców Kuby, że się spóźnimy, bo nie mam paliwa, usłyszałam przez słuchawkę wybuch gromkiego śmiechu! No pewnie, też się zaśmiałam! No bo niby co robić? Płakać? Tylko skąd wezmę benzynę? Najbliższa stacja kilometr przede mną. Dzieci jęczą, nudzi się im, no i urodziny trwają. Zimno, nie dotrę pieszo do sali zabaw, to kilka dzielnic stąd. Tramwaj nie jeździ. Zostaje taxi, ale głupio brać taxi i zapłacić z 50 zł za taką wpadkę.
Może ktoś mi paliwo dowiezie? Koleżanka nie może, ma zebranie w szkole; kuzynka wyjechała poza Trójmiasto; kolega nie odbiera. Cholera. Może dzwonić do ubezpieczyciela na assistans 24h?
 Ale obciach nie mieć paliwa w środku Wrzeszcza!




 Dlaczego paliwa zabrakło ?

 Odpowiedź jest prosta.
Dlatego właśnie, że mój kochany samochodzik ma tę wadę, że nie trąbi o tym, że chce jeść ( jak audi), tylko mruga kreskami w milczeniu. Trzeba je liczyć na wyświetlaczu z literką  R. Nie wiedziałam, za krótko je miałam.  To byłoby moje pierwsze tankowanie... A  która blondynka czyta do auta INSTRUKCJĘ?

Kiedy po kilku godzinach dotarłam na stację paliw i napełniłam bak, zapach benzyny przeniósł mnie na chwilę z trzydzieści lat temu.
 Będąc małą dziewczynką, w głębokim PRLu, lubiłam zapach benzyny na stacji CPN. Rodzice mieli malucha. Kupili po trzech latach czekania w kolejce. Był szał! Trzecie auto w bloku. I to nie taki fiat 126 p pomarańczowy, jak wszystkie, tylko granatowy, wyprodukowany na eksport! Nie mam pojęcia, ile palił. Ale pamiętam zapach benzyny. Kiedy tata tankował, wystawiałam nos z auta. Zapach nie zmienił się do dziś. Tylko ja się zmieniłam i nos przy tankowaniu raczej zatykam.
Maluchem zjeździliśmy rodzinnie ( cztery osoby) całą Polskę. To były czasy!

Jak zdobyłam benzynę na rozruch auta ? Po godzinie tata Kuby -jubilata przyjechał z kanistrem i lejkiem. Pełen autoserwis SOS dla blondynki...

Dlaczego postanowiłam o tym napisać? Otóż nie tylko dlatego, że Dzień Kobiet się zbliża i można się trochę z jednej z nich pośmiać. Raczej chciałabym dać przestrogę...
 Wczoraj, jadąc z jednym dzieckiem ze szkoły, po drugie do przedszkola, wpadłam na pomysł policzenia kresek przy R. I wiecie co było? Jedna migająca! Paliwa w baku na 0 km, a przecież tak już dbam o to, żeby go nie zabrakło! Jeszcze dwa dni temu były trzy! Chwila nieuwagi i już pusty bak. Może jest jakiś potwór, który to paliwo pożera?

 Z duszą na ramieniu jechałam dwupasmówką i modliłam się, żeby mi auto nie stanęło jak wtedy, tylko co gorsza na środku głównego ciągu komunikacyjnego. Na szczęście stacja była po drodze. Obyło się bez kompromitacji.





Drogie Panie, moja rada. Jeśli nie znacie jeszcze dobrze swojego auta, a przesiadłyście się z takiego, który głośno wrzeszczy, że chce jeść, pilnujcie ilości kresek przy wskaźniku R!
A jeśli zapomnicie o tym i zdarzy się Wam taka wpadka, pomyślcie, że nie jesteście same.Bez względu na kolor włosów.

 Szerokiej drogi i niech MOC będzie z Wami ( z nami)! Także ta w silniku. :)




zdjęcia do postu pochodzą ze strony pixabay.com

wtorek, 14 lutego 2017

Miłość wszystko przetrzyma...

Dziś Walentynki, więc nie mogę  pominąć ważnego w naszym życiu tematu, jakim jest miłość.
Uczucie czy stan, postawa czy emocje? Jakkolwiek byśmy to nazwali, jedno jest pewne, każdy potrzebuje miłości. Jesteśmy tak zaprojektowani, że bez niej o wiele trudniej żyć.


Św. Paweł w Liście do Koryntian już podał nam piękną, choć zarazem trudną do realizacji definicję miłości. Prawdopodobnie wszyscy ją kiedyś słyszeliśmy, a może doskonale znamy.
Akurat kilka dni temu miałam okazję odświeżyć sobie ten tekst. A okazja nie byle jaka, bowiem 50-lecie ślubu moich osobistych rodziców. Podczas mszy odczytałam czytanie, właśnie Hymn o miłości.
Dziś zatrzymam się nad jednym zdaniem z tego tekstu, niemal ostatnim, które szczególnie wryło się w moją pamięć. Miłość wszystko przetrzyma... To bardzo niepopularne we współczesnym świecie.




Patrząc na życie moich rodziców, mogę stwierdzić, że jednak coś w tym jest. Życie bowiem nie szczędziło im trudnych chwil... Pobrali się w 1967 roku, w czasach PRL u, kiedy trudno było o wszystko, mieszkanie, żywność, papier toaletowy, meble, sprzęty agd....
 Ich wspólne życie było (nadal jest) naznaczone chorobą zwłaszcza mamy, która mając dwadzieścia kilka lat zachorowała na jamistość rdzenia. Choroba niemal nieuleczalna w tamtych czasach,szybko za to postępująca. Mama zmienia szpitale, zatrzymując się na dłużej w klinice w Warszawie. W domu, na Pomorzu, pozostawia tatę z maleńką moją siostrą.Tak trwają... Miłość wszystko przetrzyma....




Kilka lat po niemal cudownym wyzdrowieniu mamy pojawiam się na świecie ja. Po powrocie do domu ze szpitala, mama dostaje popołogowej gorączki. Wraca na oddział. Tata zostaje z noworodkiem i moją siostrą w domu....Trzeba sobie radzić. Trochę rodzina pomaga.
Mijają dni, tygodnie, lata... W przeddzień komunii kuzyna ulegam oparzeniu II st., leżę w Akademii Medycznej w Gdańsku. Mam 2 lata. Nie wiem, co robią moi rodzice w tym czasie, ale z pewnością się denerwują, stoją za wielką kratą szpitalną, nie są ze mną.

 Dwa lata później mama ma zawał, w wieku 35 lat. Pamiętam, jak zabiera ją pogotowie. Stoję z twarzą przyklejoną do szyby i  patrzę przez okno.  Pamiętam odwiedziny w szpitalu.  Z nami dwiema w domu znów tylko tata .. trzeba sobie radzić...miłość wszystko przetrzyma...






 Zimne, małe  szczytowe na parterze mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, gdzie mama nabawia się astmy. Ja mam wadę serca; skromny budżet domowy, bo mama na rencie, niezdolna do pracy. Wzloty i upadki. Żadnych wyjazdów na wakacje, wczasów, ładnych ubrań.
 Stan wojenny. Siostra nie może zrealizować marzenia o szkole muzycznej II st, bo jest w innym mieście, a w kraju może wybuchnąć wojna domowa. Jaruzelski często, w czarno-białym telewizorze, straszy swoimi wypowiedziami.  Niektórzy uciekają z kraju, jeśli mają rodzinę w  np. RFNie. My nie mamy.U nas bieda, wyłączanie prądu, prawdziwe zimy z -20....trudny czas. Miłość wszystko przetrzyma...

 Gdy miałam 6 lat, tata założył pasiekę. Ma ją do dziś. Mamy własny miód !
 Nastają lata nieco lepsze. Zdrowsza mama zaczyna zaoczne studia w Bydgoszczy, tata wcześniej kończy swoje w Olsztynie...znajduje się nowa praca, potem lepsze, większe mieszkanie na kredyt ( choć reforma Balcerowicza nam nie pomaga).
Gdy mam 12 lat  siostra wychodzi za mąż, wyprowadza się, dom nieco pustoszeje...  Za to ja mam swój pokój, z czego jestem bardzo dumna! Stabilizacja. Mama studiuje mądre księgi, tata pracuje, ja się uczę. Ładne mieszkanie w centrum miasta... WSZYSTKO gra. Niedługo.

Nowotwór.  Mama w szpitalu. Wszystko się wali... Operacje, tony leków, na które ledwo pieniędzy starcza...Ale trzeba sobie radzić...miłość wszystko przetrzyma...Mijają dni, tygodnie, lata... wzloty i upadki. Kolejne pobyty mamy w szpitalu, wysiękowe zapalenie płuc, ledwo odratowana, ale to silna kobieta, nie do zdarcia!





 Moja matura, dyplom w szkole muzycznej, rodzinna mobilizacja. Egzaminy, potem wyjazd na  studia. Rodzice zostają sami...
 Syndrom opuszczonego gniazda... Naturalna kolej rzeczy...
Tata podupada na zdrowiu, niedotlenienie mózgu, kłopoty z pamięcią.
Mój ślub, przyjście na świat dzieci, wspólne święta- dziadkowie szczęśliwi.
 Oboje posuwają się w latach, mają swoje problemy zdrowotne, operacje, szpitale...itp...itd...
Historia życia, jakich wiele. Ale jestem za nią wdzięczna! Pięćdziesiąt lat razem!

Rodzice doczekali się czworo wnucząt i dwoje prawnucząt.
 Pięćdziesiąt lat to dla mnie niewyobrażalnie długo! ( ja dopiero dziesięć) Cała wieczność, a tak szybko zleciała...


Miłość wszystko przetrzyma...  i jak w to nie uwierzyć?

Wszystkim życzę takiej miłości...

piątek, 27 stycznia 2017

Cudowny świat baśni cz.1

Prawdopodobnie każdy z nas w swoim dzieciństwie spotkał się z baśniami. 

Czytali nam je rodzice, dziadkowie, panie w przedszkolach i szkołach.
A jeśli nie, to dotarliśmy do nich jako rodzicie. Ogólnie można założyć, że świat baśni jest nam znany.


  Dzieci przeważnie lubią baśnie, choć niekiedy są one mroczne i straszne, jak na przykład baśnie braci Grimm lub smutne i wzruszające, tak jak niektóre utwory Andersena.
Kiedy byłam małą dziewczynka, w czasach głębokiego PRLu, recytowałam treść znanych mi baśni, które czytali mi rodzice. Najbardziej lubiłam, choć ryczałam przy nich jak bóbr, baśń o dziewczynce z zapałkami i brzydkim kaczątku. Bardzo działały na moją wyobraźnię i wrażliwe serduszko,..

Kiedy po latach przeczytałam mojemu wówczas czteroletniemu synkowi właśnie baśń o brzydkim kaczątku bardzo się wzruszył. Płakał rzewnymi łzami i nie chciał  nawet usłyszeć zakończenia, które być może by go pocieszyło... Miał do mnie żal, że przeczytałam mu tak smutną opowieść...
Byłam tym zaskoczona, ale doszłam do wniosku, że po prostu jest jeszcze za mały.

No właśnie,  czy zastanawiamy się, po co czytamy właściwie dziecku te utwory?
Dlaczego nam odczytali je rodzice i dlaczego my przekazujemy je kolejnym pokoleniom?

  Nasunęło mi to kilka refleksji i dlatego postaram się zgłębić bardziej  temat baśni .
 Za Bruno Bettelheim spróbuję przybliżyć Wam rolę i znaczenie tego gatunku w życiu naszych dzieci i  nas samych sprzed lat.






Co to właściwie jest baśń?
 Teoria literatury głosi, że jest to utwór epicki, który wywodzi się z ludowych wierzeń;
Opowieść  niewielkich rozmiarów, o treści fantastycznej, cudownej, związanej z wierzeniami magicznymi. Bohaterowie swobodnie mogą przekraczać granice między światem magicznym a rzeczywistym.

Skąd baśń pochodzi?
Najstarsze ze znanych baśni pochodzą z literatury indyjskiej, przez co Indie uznaje się za kolebkę tego gatunku. Bogaty zasób tych utworów zawiera literatura arabska, znane są nam do dziś baśnie z Tysiąca i jednej nocy, które zyskały w Europie dużą popularność w XVIII wieku. Kanon baśni ukształtował się w średniowieczu, kiedy w Europie doszło do przenikania motywów orientalnych i mitycznych. Popularny do dziś dobrze znany jest zbiór baśni braci Grimm oraz zbiór baśni w opracowaniu Christiana Andersena pochodzące z  XIX wieku.

Co niezwykłego zawiera w sobie baśń?
Baśń jako utwór z pogranicza fantastyki i rzeczywistości przepełniony jest silną ludową wiarą w działanie  mocy pozaziemskich i silny wpływ przyrody na życie człowieka. Postaci fantastzcyne cysto przchodzą do świata bohatera, dając mu zadanie do wykonania lub pokazując magiczne rozwiązanie w zaspokojeniu potrzeb.  Często wymierzają karę lub nagradzają. Bohater wchodzi w swoistą relację z nimi, czasem stając się zależny od ich kaprysu i woli.
Bruno Bettelheim, amerykański psycholog dziecięcy, w swojej książce Cudowne i pożyteczne mówi o tym, że baśń pokazuje wewnętrzne problemy człowieka i  sposoby radzenia sobie z nimi.
Istotne jest również to, że baśń zawiera normy moralne, ideały więzi społecznych i wzorce zachowań.

Uporządkowanie emocji
Dziecko rozwijając się wewnętrznie często nie rozumie, co się z nim dzieje. Nie potrafi nazwać stanów i emocji, których doświadcza. Bettelheim uważa, że dla zrozumienia świata  i siebie dziecko powinno mieć jasne wskazówki. Baśń pomoże dziecku wprowadzić ład do świata wewnętrznego, gdyż pokazuje następstwa zachowań zgodnych i niezgodnych z zasadami moralności. Dzięki temu dziecko uczy się, co jest dobre, a co złe i jak w życiu warto postępować.

Uniwersalizm baśni
Baśnie są uniwersalne ( ponadczasowe), gdyż zawarte w nich treści zrozumiane są w równej mierze przez umysł dziecka i dorosłego. Opowiadają o ponadczasowych problemach człowieka, a szczególnie takich, które są bliskie właśnie dzieciom. Lęk przed ciemnością, samotność, smutek, opuszczenie, śmierć z jednej strony, a z drugiej poczucie bezpieczeństwa, pragnienie długiego życia na ziemi, miłość, przyjaźń,  dobro,  pomoc w pokonywaniu trudności i zwyciężanie ich.

Baśnie nie zawsze mówią o tym, że bohaterowie "żyli długo i szczęśliwie", ale pokazują walkę z przeciwnościami losu, które musi pokonać bohater.  Te trudności są w prawdziwym  życiu nieuniknione. Jeśli bohater przed swoim losem nie ucieka i stawia czoło  niespodziewanym bądź niesprawiedliwym ciosom, pokonuje przeszkody,  na końcu odnosi zwycięstwo, otrzymuje swoistą nagrodę.  A to  niesie naukę dzieciom, że warto włożyć wysiłek  i rozwiązać problem, a nie poddawać się przy pierwszej  napotkanej trudności.






Bohaterowie baśni
Bohater baśni stanowi pewien określony typ, jest postacią wyrazistą biało-czarną,  albo dobrą albo złą. Dziecko, czytając lub słuchając baśni identyfikuje się z bardziej lubianym bohaterem.
 Charakterystycznymi typami postaci są skrajnie ukazane charaktery, na przykład jeden z braci jest głupi drugi mądry, jedna z sióstr jest pracowita, pozostałe leniwe tak jak na przykład Kopciuszku. Jedno z rodziców jest bardzo dobre a drugie na wskroś złe  To przeciwieństwo pomaga dzieciom zrozumieć różnice we wzorcach zachowań. Młody człowiek wie, że trzeba wybrać, jakim chce się być i decyduje, do której z postaci chciałaby się upodobnić . Jeśli ta postać jest dobra dziecko również chce być dobre.
Współczesne opowieści dla dzieci są raczej "bezpieczne", nie opowiadają o starości, chorobie i śmierci, pokazując życie raczej dobre, miłe, często cukierkowe i nieprawdziwe.
Natomiast fabuła wielu baśni ukazuje cierpienie i samotność, rozpoczynając się od jakiegoś tragicznego wydarzenia, na przykład śmierci matki lub ojca. To  niezwykle bolesne doświadczenie skutkuje tym,  że dziecięcy bohater jest wprawdzie samotny, ale uczy się radzić sobie w każdej sytuacji życiowej, czyli staje się zaradny, sprytny i odważny.

Postawy moralne
 W   jednym z rodzajów baśniach, zgodnie z wierzeniami ludowymi, zło jest  ukarane, a dobro nagrodzone. Wybór pomiędzy nimi często wymaga wewnętrznej walki bohatera. Zło jest przedstawiane symbolicznie w postaci olbrzyma, smoka, czarownicy lub złej królowej i często zyskuje przewagę, ale tylko na chwilę.
Istnieje jeszcze drugi rodzaj baśni, w którym nie występuje podział na dobro i zło, lecz treść ma pokazać dziecku, że słaby bohater na końcu może osiągnąć sukces. Tak jest na przykład w Kocie w butach. Bohater osiągnął w życiu powodzenie, mimo tego, że wydaje się być nieudacznikiem, któremu pomógł magiczny, gadający i sprytny kot.
Dzięki temu dziecko uczy się, że także wtedy, kiedy czuje się słabe, osamotnione, opuszczone w świecie dorosłych, otrzyma wsparcie i potrzebną pomoc, nie jest skazane na niepowodzenie.

Czy warto czytać dzieciom baśnie?
Bruno Bettelheim twierdzi, że badane przez niego dzieci z baśni czerpały więcej satysfakcji niż z innych utworów literatury dziecięcej.
Oczywiście,czytać warto! Ja bym tylko dostosowała je do wieku dziecka. Niekoniecznie trzeba raczyć trzylatka mrocznymi  baśniami braci Grimm, gdzie jest strach, przemoc, choć na szczęście wszystko dobrze się kończy.. tylko żeby dziecko dotrwało do końca opowieści i to dobre zakończenie usłyszało :)!

cdn...

bibliografia
1. red. M. Głowiński, Słownik terminów literakich
2. B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne
3. Baśnie Europy


Zapraszam również na warsztaty bajkowe IMPROBAJA
https://bajkogrod.blogspot.com/p/blog-page_21.html

piątek, 20 stycznia 2017

Pierwszy obóz


W życiu każdego rodzica przychodzi taki czas, kiedy dziecko po raz pierwszy wyjeżdża na obóz, zimowisko lub kolonię . 



Jest  to bardzo radosny czas,  bowiem nasz maluch około siedmio, ośmioletni przestaje być małym dzieckiem, a staje się oderwanym od matki wolnym "obozowym" elektronem. Z pewnością żądnym przygód...Kolonia to niemal inicjacja, jak u ludów afrykańskich...

 Właśnie  odwiozłem mojego synka, niemal siedmiolatka do autokaru, który zabrał go na pierwszy w życiu wyjazd, obóz karate.

 Wrażenie jest dość dziwne, z jednej strony radość, a z drugiej  jakieś nowe uczucie, którego jeszcze nie umiem nazwać. Być może to już tęsknota ? A może żal za zakończonym etapem malucha? Nie wiem. Niemniej jednak są ferie, więc trzeba dziecku dać trochę Wolności i samemu też odpocząć.





 Pamiętam czasy, kiedy będąc małą dziewczynką, w głębokim PRLu pojechałam po raz pierwszy na obóz. Był to obóz ze szkoły muzycznej, do której chodziłam na fortepian. Miałam wtedy 9 lat.  Intensywny i atrakcyjny program zimowiska, czyli ćwiczenie na pianinie, śpiewanie w chórze, różne  zabawy z pewnością nie dawały czasu na tęsknotę i myślenie o domu. Było świetnie! Nowe  koleżanki lub pogłębione  znajomości ze starymi, pierwsze drobne miłostki w chłopakach z sali obok, no i dużo radości. Aż nie chciało się wracać.
 Pamiętam jak dziś, że byłyśmy grupą Wesołych Nutek. Ułożyłyśmy nawet  nasz hymn...

W szkolnej sali spaliśmy na łóżkach polowych, rozrzucając dookoła swoje  rzeczy.  To była prawdziwa lekcja samodzielności! Trzeba było sobie samemu wyprać skarpetki, nie zgubić rękawiczek, samodzielnie spakować swoje ubrania do walizki i ogólnie ogarnąć się, czego obecnie chyba brakuje naszym dzieciom.
Czasem mam wrażenie, że niszczymy naturalną potrzebę  samodzielności, wyręczając nasze dzieci  w wielu codziennych czynnościach. Przez to też nie uczymy życiowej zaradności, potrzebnej do oderwania się od nas, rodziców. A to przecież nasza rola. Dać dziecku korzenie i skrzydła...

Sama bardzo lubiłam wyjeżdżać na obozy i kolonie.  Pamiętam tylko jeden trudny wyjazd, do Andrychowa. Podczas trzytygodniowego pobytu bardzo tęskniłam za domem.
 Myślę, że dla kilkuletniego dziecka trzy tygodnie to trochę za długo, ale w tamtych czasach ( w minionym stuleciu😉) takie kolonie były normą.
Na innej zaś kolonii, do Kłodzka, koleżanka obcięła mi włosy, bo bawiłysmy się w salon fryzjerski. Oczywiście nie byłam zadowolona, ostrzygła zdecydowanie za krótko. I wtedy łkając, pisałam pełen  rozpaczy list do mamy...




 Trener karate obiecał, że po obozie dziecko wróci odmienione. No zobaczymy, co z tego wyniknie. Czy będzie to odmiana na lepsze? Mam nadzieję i trzymam kciuki za świetną zabawę,  śnieg (bo zaczyna topnieć ) i za to, żeby dzieciaki  za tydzień  szczęśliwie i cało wróciły do domu z głową pełną niezapomnianych wrażeń.

piątek, 13 stycznia 2017

Sok naturalny- codzienna porcja zdrowia


Co jest najlepszym słońcem 

w naszych domach

 w pochmurne dni? 

SOKI owocowo- warzywne....


Właśnie mija pierwsza rocznica od zakupu przeze mnie wyciskarki wolnoobrotowej. Nie powiem, że ten zakup zmienił całe moje życie, ale z pewnością jego zasadniczą część, czyli odżywianie.
Bardzo długo nosiłam się z zamiarem nabycia tego sprzętu, dojrzewałam do decyzji, poszukując odpowiedniego do moich potrzeb, a raczej potrzeb czteroosobowej rodziny.




Zawsze, gdy w centrach handlowych przechodziłam obok stoiska z sokownikami, kosztowałam " pokazowych soków", prawdziwie zachwycając się nad ideą posiadania takiego urządzenia w domu i przygotowywania soków codziennie, z dowolnie wybranych owoców i warzyw.
No i wreszcie nadszedł ten dzień! Być może kropkę nad i postawił fakt, że akurat można było nabyć nietani wcale sprzęt na raty 0%... :)
Nastał szał! Robiłam soki trzy razy dziennie, próbując różnych wersji smakowych i odżywczych.
Czułam, że w  moich żyłach płynie owocowa krew! Świetne uczucie!

Po roku użytkowania wyciskarki mogę stwierdzić, że było ją warto  kupić, choć zdarzyły się nam dwie drobne naprawy w ramach gwarancji.
Nie podam marki wyciskarki, bo nie o reklamę tu chodzi, zwłaszcza darmową, a jedynie o pomysł picia samorobnych, naturalnych soków.




Dlaczego warto pić soki?

Istnieje wiele przyczyn, dla których współcześnie ludzie sięgają do naturalnych soków.
Oprócz mody na zdrowy styl życia i odżywiania z pewnością ważny jest fakt, że soki naturalne są smaczne i można je skomponować według uznania. Moje dzieci na przykład zdecydowanie preferują soki owocowe, najchętniej jabłko, pomarańcza, ananas. Nie udaje mi się przemycić nawet małej ilości warzyw (próbowałam brokuł, burak, jarmuż), ale myślę sobie, że od czegoś trzeba zacząć.
 I tak zdrowszy jest mój sok niż zakupiony w sklepie.
Ameryki tym nie odkryję, lecz tylko przypomnę, że większość napojów w sklepach składa się z wody i cukru lub substancji słodzących oraz chemii, dla wzbogacenia smaku czy koloru. Nawet soki 100% z zagęszczonych koncentratów nie są tak naprawdę zdrowe, bo poddane są obróbce termicznej, aby wydłużyć okres świeżości i przydatności do spożycia. Tracą więc cenne składniki.

Zostają soczki " świeżo wyciskane", z pewnością najkorzystniejsze dla zdrowia, jednak po kilku godzinach lub dniach tracą wartości, wystawione na działanie światła, temperatury czy też powietrza.



Naturalne, wyciskane soki to codzienna porcja zdrowia.

To trochę hasło reklamowe, jednak coś w tym jest...
Zawierają bowiem witaminy, enzymy, antyoksydanty, nie zawierają tłuszczu. Pite na czczo wchłaniają się do obiegu po ok kwadransie i pozytywnie działają w naszym organizmie. Pomagają pozbyć się toksyn, a to daje nam zdrowszą, ładniejszą skórę i więcej energii. Składniki zawarte w naturalnych sokach wzmacniają odporność i obniżają poziom stresu,  a nawet wspomagają odchudzanie, co mogę potwierdzić na swoim przypadku.

Ogólnie wszystkie soki działają pozytywnie na nas, ale możemy zastosować konkretne składniki w celu uzyskania danego efektu. Soki, które powodują detoks będą się składać z innych komponentów niż  spalające tłuszcz. Dla przykładu, na detoks polecany jest sok z kapusty, marchwi i żurawiny albo z buraka, grejpfruta i limonki. Na spalanie tłuszczu  może być jabłko, morela, cynamon lub śliwka, gruszka i figa.



Dlaczego wyciskarka wolnoobrotowa ?

Każdy z nas, wybierając sprzęt kieruje się własnymi kryteriami. Ja ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że przekonało mnie działanie tego urządzenia,  ponieważ miażdży ono owoce czy warzywa  specjalnym wałkiem, wyciskając maksymalną ilość soku. Pozostałość, tzw. pulpa jest sucha. Nic się nie marnuje.
 Urządzenie to jest też wygodne w obsłudze, wrzucam do niego nieobrane owoce ( poza cytrusami) lub warzywa  (np.pietruszkę, buraka, marchewkę). Mniejszych nie kroję, jedynie jabłko, wyrzucam też jego "ogonek".

Jedyną niedogodnością sprzętu jest jego mycie. Trzeba wszystkie elementy rozmontować i umyć szczotką.  W zlewie robi się wielka pulpa....
Cóż, nic nie jest doskonałe... ale i tak mniej z tym kłopotu niż dawniej z sokowirówkami.

Pamiętam  czasy, kiedy będąc małą dziewczynką w głębokim  PRLu, piłam sok marchwiowy z domowej sokowirówki. Roboty przy tym było sporo, obieranie kilogramów marchwi, wyciskanie, które zawsze chlapało sokiem po ścianie, a potem mycie... Podziwiam moją mamę, że chciało jej się to robić.... dużo pracy, a efektu mało.




Obecnie rynek jest przebogaty w różne sprzęty AGD. Każdy znajdzie coś dla siebie.
 Polecam picie soków z wyciskarki wolnoobrotowej, bo jest to na prawdę pyszne doświadczenie 😊 i dla dzieci świetna zabawa, kiedy mogą je zrobić razem ze mną !

Na zdjęciach przykładowe moje soczki....

niedziela, 8 stycznia 2017

zimowe refleksje

Jak to miło zobaczyć śnieg za oknem! Taki biały, miękki i puszysty. Kiedy wszystko przykryte jest ciepłą czapą.  Świat zmienia się jak z bajki!


Cieszą się nie tylko dzieci, bo na Pomorzu śniegu zwykle mało, więcej potem pośniegowego błota, w którym grzęzną buty, auta i wózki dziecięce.

Nie wiem, czemu media tak rozgłaszają alerty o śniegu. W końcu styczeń, można się zimy spodziewać i podobno w tym roku, o dziwo, nie zaskoczyła drogowców...
No, ale trąbić o czymś trzeba, śnieg też dobry temat.
Nasunęło mi się kilka  zimowych refleksji...




Pamiętam zimę, kiedy pracowałam w jednym z pomorskich dzienników. Śnieg w styczniu czy lutym to była prawdziwa sensacja! Oczywiście trudności w odpaleniu auta rano, potem w dojazdach do pracy, szkół, odwołane lekcje, itp... taki zimowy standard, ale pisać trzeba było, na pierwszych stronach kilku numerów.  Aż do znudzenia.

Jednak ostatnie zimy to nie te same, co za czasów, kiedy byłam małą dziewczynką...

Nie mogę osobiście  wspomnieć, bo byłam za mała, zimy stulecia z przełomu 1978 i 79 roku, ale słyszałam o niej wiele opowieści. O zaspach, bardzo niskiej temperaturze, totalnym paraliżu w mieście. Przez tydzień u nas zagościła Kraina Lodu.
Teraz można z sentymentem zajrzeć do archiwum i pooglądać zdjęcia. Zasypane żuki, wartburgi i syrenki. Ludzie w kożuchach, okutani po uszy, w czynie społecznym wspólnie odśnieżali ulice miasta, brodząc w śniegu po pas.  Przy eskorcie panów w mundurach z napisem MO. Cóż... Jakie czasy, taka zima ;)!

Pamiętam za to zimy z lat podstawówki. Białe, mroźne i długie.




Pamiętam pięknie oszronione szyby w oknach oraz ten dźwięk trzaskania " mrozu" pod butami, kiedy szło się po ośnieżonych chodnikach. I te rumieńce na policzkach, które potem szczypały. Chłód w mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Pozasłaniane kocami okna i parapety. Czasem nie wiadomo było, czy jest już jasno za oknem, bo w pokoju panował półmrok.

Jednak dzieciom nie trzeba wiele do szczęścia. Śnieg jest, snaki są, więc jazda z górki. W moim rodzinnym mieście były dwie popularne górki. Tam spotykały się dzieciaki z całego miasta. Jedna, obok CPNu, niezbyt wysoka, kończyła się korytem rzeki.

 Druga, tzw. " Francuska górka", bo  podobno uspyana na miejscu cmentarza żołnierzy napoleońskich zmarłych na cholerę. Wysoka, stroma z długim zjazdem. We mnie zwykle budziła lęk.
Trzeba było daleko iść po ty, by kilka razy zjechać. No i oczywiście pod nią się wdrapać...

W liceum kiedyś z powodu mrozu nie odbyły się lekcje. To był cudowny prezent od Królowej Śniegu!

Na sylwestra w koncówce lat 90- tych brałam udział w Europejskich Dniach Młodzieży wspólnoty braci z Taize, które odbywały się akurat we Wrocławiu. Zimno było jak cholera! Rano minus trzydzieści. Zamarzało w nosie, na rzęsach i brwiach pojawiał się szron zaraz po wyjściu na dwór. Ubrani we wszystkie zabrane ze sobą ciuchy byliśmy przez trzy dni i noce, bo nikt nie odważył się przebrać w piżamę,  w domu też było zimno, może z 16-18 st.

Mieszkałam z grupką młodzieży w Oleśnicy. Pamiętam do dziś ten mróz o świcie, bo trzeba było iść do autobusu pamiętającego czasy głębokiego PRLu ( ogórka) i nim dojechać, a raczej dotrząść się do Wrocławia. Jednak atmosfera była na tyle gorąca, że ten chłód nam nie przeszkadzał.


Mając takie doświadczenia mróz max. kilkunastostopniowy na Pomorzu nie jest mi groźny. A dzieci mają powód do wydarcia z domu i prawdziwego białego szaleństwa. Szkoda, że nie było go na święta. Moje dzieci nie znają " white christmas", bo u nas w wigilię od kilku lat zielono. Rok temu było kilkanaście stopni...

Ale wróćmy do mrozu.
Są też tacy, którym temperatury nie przeszkadzają i zimą kąpią się w morzu. Wczoraj widziałam grupkę Morsów, brykających wśród fal. Podziwiam! Ja bym umarła po sekundzie...

W tym miejscu nasuwa mi się wspomnienie książki Gustawa Herlinga Grudzińskiego Inny świat albo  Aleksandra Sołżenicyna Archipelag gułag o tragicznym losie ludzi zesłanych na Syberię, gdzie panowały mrozy do  minus pięćdziesiąt stopni. A więźniowie, zesłani w lichym odzieniu zaganiani do pracy na powietrzu, umierali z wychłodzenia, odmrażając sobie po kolei części ciała.  Człowiek, trzcina myśląca. Jak łatwo go skruszyć....Dziś też zamarzają zwierzęta i  bezdomni,  choć temperatury w Polsce znacznie łagodniejsze niż na Syberii. Pani Zima bywa okrutna. Fajnie ją oglądać zza okna ciepłego pokoju, w którym unosi się aromat kawy...




Póki mogę, cieszę się z tego śniegu. Za kilka dni, tygodni już może być szara breja, której nikt nie lubi, a niestety ona najdłużej z nami pozostaje. Ale dobrze, że zima jest tylko raz w roku...







czwartek, 5 stycznia 2017

rozstania i powroty





Żegnając przyjaciela nie płacz, ponieważ jego nieobecność ukaże ci to, co najbardziej w nim kochasz..." Khalil Gibran



Aforyzm Gibrana ma wielką moc. Doświadcza się jej właśnie w tęsknocie i braku, a nie  w bliskości drugiej osoby.
Tak, jakby wraz z brakiem bliskiej nam osoby, wypełniała nas jakaś inna rzeczywistość. Może wspomnień, fotografii, dźwięku mowy... Mamy jednakże tę pewność, że ten ktoś powróci i znów rozbrzmi jego obecność w naszych sercach, dłoniach czy  ścianach.

Prawdopodobnie każdy z nas doświadczył kiedyś pożegnania. Nie mówię o tym już nieodwracalnym, ale o dłuższej podróży, wyjeździe na studia, do pracy za granicę.
Prawdopodobnie każdy więc zna to uczucie, najpierw lekkiego poddenerwowania, żeby zdążyć na lotnisko, żeby zapakować  jeszcze cichaczem do torby podręcznej kanapkę... Droga na lotnisko.  Kolejka do odprawy. Jeszcze kilka ważnych informacji...A potem ten moment. Przełom, rozłam, przejście każdego na drugą stronę samotności.. 

Pożegnalny całus, uścisk, głębokie spojrzenie w oczy, bo chciałoby się jeszcze tyle powiedzieć, a już czasu nie ma.. więc tylko lekki uśmiech, pomachanie łapką... I bliska osoba znika nam z oczu za szybą lub w wagonie odjeżdżającego pociągu. Aż nie można w to uwierzyć, bo przecież jeszcze chwilę temu była, jeszcze czuć jej zapach w aucie.




Pożegnanie to taka dziwna chwila.
Zawsze, kiedy odprowadzam M na lotnisko, chcę się nachapać atmosfery podróży. Chciwie słucham obcokrajowców, oglądam reklamy i wystawy sklepowe. Chcę poczuć i podzielić z moim M trochę z tego wielkiego świata, do którego on często, ja rzadko (dla równowagi) dołączam. 


A potem powrót do auta i droga z lotniska do zwykłej codzienności. Dziś dość śnieżnej i zawianej. Do dzieci, pracy, obowiązków.

Niby wszystko normalnie, tylko w przedpokoju stoją puste Jego kapcie, niedopita w pośpiechu herbata...
Lecz nic to! Bo jak mawiał ks. Twardowski, przecież nieobecni są najbliżej... 

Za jakiś czas M  wróci i znów będzie  zmiana trybu życia z B na A.

Wszystkim podróżującym życzę szczęśliwych powrotów.

A czekającym radosnego oczekiwania :)