wtorek, 14 lutego 2017

Miłość wszystko przetrzyma...

Dziś Walentynki, więc nie mogę  pominąć ważnego w naszym życiu tematu, jakim jest miłość.
Uczucie czy stan, postawa czy emocje? Jakkolwiek byśmy to nazwali, jedno jest pewne, każdy potrzebuje miłości. Jesteśmy tak zaprojektowani, że bez niej o wiele trudniej żyć.


Św. Paweł w Liście do Koryntian już podał nam piękną, choć zarazem trudną do realizacji definicję miłości. Prawdopodobnie wszyscy ją kiedyś słyszeliśmy, a może doskonale znamy.
Akurat kilka dni temu miałam okazję odświeżyć sobie ten tekst. A okazja nie byle jaka, bowiem 50-lecie ślubu moich osobistych rodziców. Podczas mszy odczytałam czytanie, właśnie Hymn o miłości.
Dziś zatrzymam się nad jednym zdaniem z tego tekstu, niemal ostatnim, które szczególnie wryło się w moją pamięć. Miłość wszystko przetrzyma... To bardzo niepopularne we współczesnym świecie.




Patrząc na życie moich rodziców, mogę stwierdzić, że jednak coś w tym jest. Życie bowiem nie szczędziło im trudnych chwil... Pobrali się w 1967 roku, w czasach PRL u, kiedy trudno było o wszystko, mieszkanie, żywność, papier toaletowy, meble, sprzęty agd....
 Ich wspólne życie było (nadal jest) naznaczone chorobą zwłaszcza mamy, która mając dwadzieścia kilka lat zachorowała na jamistość rdzenia. Choroba niemal nieuleczalna w tamtych czasach,szybko za to postępująca. Mama zmienia szpitale, zatrzymując się na dłużej w klinice w Warszawie. W domu, na Pomorzu, pozostawia tatę z maleńką moją siostrą.Tak trwają... Miłość wszystko przetrzyma....




Kilka lat po niemal cudownym wyzdrowieniu mamy pojawiam się na świecie ja. Po powrocie do domu ze szpitala, mama dostaje popołogowej gorączki. Wraca na oddział. Tata zostaje z noworodkiem i moją siostrą w domu....Trzeba sobie radzić. Trochę rodzina pomaga.
Mijają dni, tygodnie, lata... W przeddzień komunii kuzyna ulegam oparzeniu II st., leżę w Akademii Medycznej w Gdańsku. Mam 2 lata. Nie wiem, co robią moi rodzice w tym czasie, ale z pewnością się denerwują, stoją za wielką kratą szpitalną, nie są ze mną.

 Dwa lata później mama ma zawał, w wieku 35 lat. Pamiętam, jak zabiera ją pogotowie. Stoję z twarzą przyklejoną do szyby i  patrzę przez okno.  Pamiętam odwiedziny w szpitalu.  Z nami dwiema w domu znów tylko tata .. trzeba sobie radzić...miłość wszystko przetrzyma...






 Zimne, małe  szczytowe na parterze mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, gdzie mama nabawia się astmy. Ja mam wadę serca; skromny budżet domowy, bo mama na rencie, niezdolna do pracy. Wzloty i upadki. Żadnych wyjazdów na wakacje, wczasów, ładnych ubrań.
 Stan wojenny. Siostra nie może zrealizować marzenia o szkole muzycznej II st, bo jest w innym mieście, a w kraju może wybuchnąć wojna domowa. Jaruzelski często, w czarno-białym telewizorze, straszy swoimi wypowiedziami.  Niektórzy uciekają z kraju, jeśli mają rodzinę w  np. RFNie. My nie mamy.U nas bieda, wyłączanie prądu, prawdziwe zimy z -20....trudny czas. Miłość wszystko przetrzyma...

 Gdy miałam 6 lat, tata założył pasiekę. Ma ją do dziś. Mamy własny miód !
 Nastają lata nieco lepsze. Zdrowsza mama zaczyna zaoczne studia w Bydgoszczy, tata wcześniej kończy swoje w Olsztynie...znajduje się nowa praca, potem lepsze, większe mieszkanie na kredyt ( choć reforma Balcerowicza nam nie pomaga).
Gdy mam 12 lat  siostra wychodzi za mąż, wyprowadza się, dom nieco pustoszeje...  Za to ja mam swój pokój, z czego jestem bardzo dumna! Stabilizacja. Mama studiuje mądre księgi, tata pracuje, ja się uczę. Ładne mieszkanie w centrum miasta... WSZYSTKO gra. Niedługo.

Nowotwór.  Mama w szpitalu. Wszystko się wali... Operacje, tony leków, na które ledwo pieniędzy starcza...Ale trzeba sobie radzić...miłość wszystko przetrzyma...Mijają dni, tygodnie, lata... wzloty i upadki. Kolejne pobyty mamy w szpitalu, wysiękowe zapalenie płuc, ledwo odratowana, ale to silna kobieta, nie do zdarcia!





 Moja matura, dyplom w szkole muzycznej, rodzinna mobilizacja. Egzaminy, potem wyjazd na  studia. Rodzice zostają sami...
 Syndrom opuszczonego gniazda... Naturalna kolej rzeczy...
Tata podupada na zdrowiu, niedotlenienie mózgu, kłopoty z pamięcią.
Mój ślub, przyjście na świat dzieci, wspólne święta- dziadkowie szczęśliwi.
 Oboje posuwają się w latach, mają swoje problemy zdrowotne, operacje, szpitale...itp...itd...
Historia życia, jakich wiele. Ale jestem za nią wdzięczna! Pięćdziesiąt lat razem!

Rodzice doczekali się czworo wnucząt i dwoje prawnucząt.
 Pięćdziesiąt lat to dla mnie niewyobrażalnie długo! ( ja dopiero dziesięć) Cała wieczność, a tak szybko zleciała...


Miłość wszystko przetrzyma...  i jak w to nie uwierzyć?

Wszystkim życzę takiej miłości...

piątek, 27 stycznia 2017

Cudowny świat baśni cz.1

Prawdopodobnie każdy z nas w swoim dzieciństwie spotkał się z baśniami. 

Czytali nam je rodzice, dziadkowie, panie w przedszkolach i szkołach.
A jeśli nie, to dotarliśmy do nich jako rodzicie. Ogólnie można założyć, że świat baśni jest nam znany.


  Dzieci przeważnie lubią baśnie, choć niekiedy są one mroczne i straszne, jak na przykład baśnie braci Grimm lub smutne i wzruszające, tak jak niektóre utwory Andersena.
Kiedy byłam małą dziewczynka, w czasach głębokiego PRLu, recytowałam treść znanych mi baśni, które czytali mi rodzice. Najbardziej lubiłam, choć ryczałam przy nich jak bóbr, baśń o dziewczynce z zapałkami i brzydkim kaczątku. Bardzo działały na moją wyobraźnię i wrażliwe serduszko,..

Kiedy po latach przeczytałam mojemu wówczas czteroletniemu synkowi właśnie baśń o brzydkim kaczątku bardzo się wzruszył. Płakał rzewnymi łzami i nie chciał  nawet usłyszeć zakończenia, które być może by go pocieszyło... Miał do mnie żal, że przeczytałam mu tak smutną opowieść...
Byłam tym zaskoczona, ale doszłam do wniosku, że po prostu jest jeszcze za mały.

No właśnie,  czy zastanawiamy się, po co czytamy właściwie dziecku te utwory?
Dlaczego nam odczytali je rodzice i dlaczego my przekazujemy je kolejnym pokoleniom?

  Nasunęło mi to kilka refleksji i dlatego postaram się zgłębić bardziej  temat baśni .
 Za Bruno Bettelheim spróbuję przybliżyć Wam rolę i znaczenie tego gatunku w życiu naszych dzieci i  nas samych sprzed lat.






Co to właściwie jest baśń?
 Teoria literatury głosi, że jest to utwór epicki, który wywodzi się z ludowych wierzeń;
Opowieść  niewielkich rozmiarów, o treści fantastycznej, cudownej, związanej z wierzeniami magicznymi. Bohaterowie swobodnie mogą przekraczać granice między światem magicznym a rzeczywistym.

Skąd baśń pochodzi?
Najstarsze ze znanych baśni pochodzą z literatury indyjskiej, przez co Indie uznaje się za kolebkę tego gatunku. Bogaty zasób tych utworów zawiera literatura arabska, znane są nam do dziś baśnie z Tysiąca i jednej nocy, które zyskały w Europie dużą popularność w XVIII wieku. Kanon baśni ukształtował się w średniowieczu, kiedy w Europie doszło do przenikania motywów orientalnych i mitycznych. Popularny do dziś dobrze znany jest zbiór baśni braci Grimm oraz zbiór baśni w opracowaniu Christiana Andersena pochodzące z  XIX wieku.

Co niezwykłego zawiera w sobie baśń?
Baśń jako utwór z pogranicza fantastyki i rzeczywistości przepełniony jest silną ludową wiarą w działanie  mocy pozaziemskich i silny wpływ przyrody na życie człowieka. Postaci fantastzcyne cysto przchodzą do świata bohatera, dając mu zadanie do wykonania lub pokazując magiczne rozwiązanie w zaspokojeniu potrzeb.  Często wymierzają karę lub nagradzają. Bohater wchodzi w swoistą relację z nimi, czasem stając się zależny od ich kaprysu i woli.
Bruno Bettelheim, amerykański psycholog dziecięcy, w swojej książce Cudowne i pożyteczne mówi o tym, że baśń pokazuje wewnętrzne problemy człowieka i  sposoby radzenia sobie z nimi.
Istotne jest również to, że baśń zawiera normy moralne, ideały więzi społecznych i wzorce zachowań.

Uporządkowanie emocji
Dziecko rozwijając się wewnętrznie często nie rozumie, co się z nim dzieje. Nie potrafi nazwać stanów i emocji, których doświadcza. Bettelheim uważa, że dla zrozumienia świata  i siebie dziecko powinno mieć jasne wskazówki. Baśń pomoże dziecku wprowadzić ład do świata wewnętrznego, gdyż pokazuje następstwa zachowań zgodnych i niezgodnych z zasadami moralności. Dzięki temu dziecko uczy się, co jest dobre, a co złe i jak w życiu warto postępować.

Uniwersalizm baśni
Baśnie są uniwersalne ( ponadczasowe), gdyż zawarte w nich treści zrozumiane są w równej mierze przez umysł dziecka i dorosłego. Opowiadają o ponadczasowych problemach człowieka, a szczególnie takich, które są bliskie właśnie dzieciom. Lęk przed ciemnością, samotność, smutek, opuszczenie, śmierć z jednej strony, a z drugiej poczucie bezpieczeństwa, pragnienie długiego życia na ziemi, miłość, przyjaźń,  dobro,  pomoc w pokonywaniu trudności i zwyciężanie ich.

Baśnie nie zawsze mówią o tym, że bohaterowie "żyli długo i szczęśliwie", ale pokazują walkę z przeciwnościami losu, które musi pokonać bohater.  Te trudności są w prawdziwym  życiu nieuniknione. Jeśli bohater przed swoim losem nie ucieka i stawia czoło  niespodziewanym bądź niesprawiedliwym ciosom, pokonuje przeszkody,  na końcu odnosi zwycięstwo, otrzymuje swoistą nagrodę.  A to  niesie naukę dzieciom, że warto włożyć wysiłek  i rozwiązać problem, a nie poddawać się przy pierwszej  napotkanej trudności.






Bohaterowie baśni
Bohater baśni stanowi pewien określony typ, jest postacią wyrazistą biało-czarną,  albo dobrą albo złą. Dziecko, czytając lub słuchając baśni identyfikuje się z bardziej lubianym bohaterem.
 Charakterystycznymi typami postaci są skrajnie ukazane charaktery, na przykład jeden z braci jest głupi drugi mądry, jedna z sióstr jest pracowita, pozostałe leniwe tak jak na przykład Kopciuszku. Jedno z rodziców jest bardzo dobre a drugie na wskroś złe  To przeciwieństwo pomaga dzieciom zrozumieć różnice we wzorcach zachowań. Młody człowiek wie, że trzeba wybrać, jakim chce się być i decyduje, do której z postaci chciałaby się upodobnić . Jeśli ta postać jest dobra dziecko również chce być dobre.
Współczesne opowieści dla dzieci są raczej "bezpieczne", nie opowiadają o starości, chorobie i śmierci, pokazując życie raczej dobre, miłe, często cukierkowe i nieprawdziwe.
Natomiast fabuła wielu baśni ukazuje cierpienie i samotność, rozpoczynając się od jakiegoś tragicznego wydarzenia, na przykład śmierci matki lub ojca. To  niezwykle bolesne doświadczenie skutkuje tym,  że dziecięcy bohater jest wprawdzie samotny, ale uczy się radzić sobie w każdej sytuacji życiowej, czyli staje się zaradny, sprytny i odważny.

Postawy moralne
 W   jednym z rodzajów baśniach, zgodnie z wierzeniami ludowymi, zło jest  ukarane, a dobro nagrodzone. Wybór pomiędzy nimi często wymaga wewnętrznej walki bohatera. Zło jest przedstawiane symbolicznie w postaci olbrzyma, smoka, czarownicy lub złej królowej i często zyskuje przewagę, ale tylko na chwilę.
Istnieje jeszcze drugi rodzaj baśni, w którym nie występuje podział na dobro i zło, lecz treść ma pokazać dziecku, że słaby bohater na końcu może osiągnąć sukces. Tak jest na przykład w Kocie w butach. Bohater osiągnął w życiu powodzenie, mimo tego, że wydaje się być nieudacznikiem, któremu pomógł magiczny, gadający i sprytny kot.
Dzięki temu dziecko uczy się, że także wtedy, kiedy czuje się słabe, osamotnione, opuszczone w świecie dorosłych, otrzyma wsparcie i potrzebną pomoc, nie jest skazane na niepowodzenie.

Czy warto czytać dzieciom baśnie?
Bruno Bettelheim twierdzi, że badane przez niego dzieci z baśni czerpały więcej satysfakcji niż z innych utworów literatury dziecięcej.
Oczywiście,czytać warto! Ja bym tylko dostosowała je do wieku dziecka. Niekoniecznie trzeba raczyć trzylatka mrocznymi  baśniami braci Grimm, gdzie jest strach, przemoc, choć na szczęście wszystko dobrze się kończy.. tylko żeby dziecko dotrwało do końca opowieści i to dobre zakończenie usłyszało :)!

cdn...

bibliografia
1. red. M. Głowiński, Słownik terminów literakich
2. B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne
3. Baśnie Europy


Zapraszam również na warsztaty bajkowe IMPROBAJA
https://bajkogrod.blogspot.com/p/blog-page_21.html

piątek, 20 stycznia 2017

Pierwszy obóz


W życiu każdego rodzica przychodzi taki czas, kiedy dziecko po raz pierwszy wyjeżdża na obóz, zimowisko lub kolonię . 



Jest  to bardzo radosny czas,  bowiem nasz maluch około siedmio, ośmioletni przestaje być małym dzieckiem, a staje się oderwanym od matki wolnym "obozowym" elektronem. Z pewnością żądnym przygód...Kolonia to niemal inicjacja, jak u ludów afrykańskich...

 Właśnie  odwiozłem mojego synka, niemal siedmiolatka do autokaru, który zabrał go na pierwszy w życiu wyjazd, obóz karate.

 Wrażenie jest dość dziwne, z jednej strony radość, a z drugiej  jakieś nowe uczucie, którego jeszcze nie umiem nazwać. Być może to już tęsknota ? A może żal za zakończonym etapem malucha? Nie wiem. Niemniej jednak są ferie, więc trzeba dziecku dać trochę Wolności i samemu też odpocząć.





 Pamiętam czasy, kiedy będąc małą dziewczynką, w głębokim PRLu pojechałam po raz pierwszy na obóz. Był to obóz ze szkoły muzycznej, do której chodziłam na fortepian. Miałam wtedy 9 lat.  Intensywny i atrakcyjny program zimowiska, czyli ćwiczenie na pianinie, śpiewanie w chórze, różne  zabawy z pewnością nie dawały czasu na tęsknotę i myślenie o domu. Było świetnie! Nowe  koleżanki lub pogłębione  znajomości ze starymi, pierwsze drobne miłostki w chłopakach z sali obok, no i dużo radości. Aż nie chciało się wracać.
 Pamiętam jak dziś, że byłyśmy grupą Wesołych Nutek. Ułożyłyśmy nawet  nasz hymn...

W szkolnej sali spaliśmy na łóżkach polowych, rozrzucając dookoła swoje  rzeczy.  To była prawdziwa lekcja samodzielności! Trzeba było sobie samemu wyprać skarpetki, nie zgubić rękawiczek, samodzielnie spakować swoje ubrania do walizki i ogólnie ogarnąć się, czego obecnie chyba brakuje naszym dzieciom.
Czasem mam wrażenie, że niszczymy naturalną potrzebę  samodzielności, wyręczając nasze dzieci  w wielu codziennych czynnościach. Przez to też nie uczymy życiowej zaradności, potrzebnej do oderwania się od nas, rodziców. A to przecież nasza rola. Dać dziecku korzenie i skrzydła...

Sama bardzo lubiłam wyjeżdżać na obozy i kolonie.  Pamiętam tylko jeden trudny wyjazd, do Andrychowa. Podczas trzytygodniowego pobytu bardzo tęskniłam za domem.
 Myślę, że dla kilkuletniego dziecka trzy tygodnie to trochę za długo, ale w tamtych czasach ( w minionym stuleciu😉) takie kolonie były normą.
Na innej zaś kolonii, do Kłodzka, koleżanka obcięła mi włosy, bo bawiłysmy się w salon fryzjerski. Oczywiście nie byłam zadowolona, ostrzygła zdecydowanie za krótko. I wtedy łkając, pisałam pełen  rozpaczy list do mamy...




 Trener karate obiecał, że po obozie dziecko wróci odmienione. No zobaczymy, co z tego wyniknie. Czy będzie to odmiana na lepsze? Mam nadzieję i trzymam kciuki za świetną zabawę,  śnieg (bo zaczyna topnieć ) i za to, żeby dzieciaki  za tydzień  szczęśliwie i cało wróciły do domu z głową pełną niezapomnianych wrażeń.

piątek, 13 stycznia 2017

Sok naturalny- codzienna porcja zdrowia


Co jest najlepszym słońcem 

w naszych domach

 w pochmurne dni? 

SOKI owocowo- warzywne....


Właśnie mija pierwsza rocznica od zakupu przeze mnie wyciskarki wolnoobrotowej. Nie powiem, że ten zakup zmienił całe moje życie, ale z pewnością jego zasadniczą część, czyli odżywianie.
Bardzo długo nosiłam się z zamiarem nabycia tego sprzętu, dojrzewałam do decyzji, poszukując odpowiedniego do moich potrzeb, a raczej potrzeb czteroosobowej rodziny.




Zawsze, gdy w centrach handlowych przechodziłam obok stoiska z sokownikami, kosztowałam " pokazowych soków", prawdziwie zachwycając się nad ideą posiadania takiego urządzenia w domu i przygotowywania soków codziennie, z dowolnie wybranych owoców i warzyw.
No i wreszcie nadszedł ten dzień! Być może kropkę nad i postawił fakt, że akurat można było nabyć nietani wcale sprzęt na raty 0%... :)
Nastał szał! Robiłam soki trzy razy dziennie, próbując różnych wersji smakowych i odżywczych.
Czułam, że w  moich żyłach płynie owocowa krew! Świetne uczucie!

Po roku użytkowania wyciskarki mogę stwierdzić, że było ją warto  kupić, choć zdarzyły się nam dwie drobne naprawy w ramach gwarancji.
Nie podam marki wyciskarki, bo nie o reklamę tu chodzi, zwłaszcza darmową, a jedynie o pomysł picia samorobnych, naturalnych soków.




Dlaczego warto pić soki?

Istnieje wiele przyczyn, dla których współcześnie ludzie sięgają do naturalnych soków.
Oprócz mody na zdrowy styl życia i odżywiania z pewnością ważny jest fakt, że soki naturalne są smaczne i można je skomponować według uznania. Moje dzieci na przykład zdecydowanie preferują soki owocowe, najchętniej jabłko, pomarańcza, ananas. Nie udaje mi się przemycić nawet małej ilości warzyw (próbowałam brokuł, burak, jarmuż), ale myślę sobie, że od czegoś trzeba zacząć.
 I tak zdrowszy jest mój sok niż zakupiony w sklepie.
Ameryki tym nie odkryję, lecz tylko przypomnę, że większość napojów w sklepach składa się z wody i cukru lub substancji słodzących oraz chemii, dla wzbogacenia smaku czy koloru. Nawet soki 100% z zagęszczonych koncentratów nie są tak naprawdę zdrowe, bo poddane są obróbce termicznej, aby wydłużyć okres świeżości i przydatności do spożycia. Tracą więc cenne składniki.

Zostają soczki " świeżo wyciskane", z pewnością najkorzystniejsze dla zdrowia, jednak po kilku godzinach lub dniach tracą wartości, wystawione na działanie światła, temperatury czy też powietrza.



Naturalne, wyciskane soki to codzienna porcja zdrowia.

To trochę hasło reklamowe, jednak coś w tym jest...
Zawierają bowiem witaminy, enzymy, antyoksydanty, nie zawierają tłuszczu. Pite na czczo wchłaniają się do obiegu po ok kwadransie i pozytywnie działają w naszym organizmie. Pomagają pozbyć się toksyn, a to daje nam zdrowszą, ładniejszą skórę i więcej energii. Składniki zawarte w naturalnych sokach wzmacniają odporność i obniżają poziom stresu,  a nawet wspomagają odchudzanie, co mogę potwierdzić na swoim przypadku.

Ogólnie wszystkie soki działają pozytywnie na nas, ale możemy zastosować konkretne składniki w celu uzyskania danego efektu. Soki, które powodują detoks będą się składać z innych komponentów niż  spalające tłuszcz. Dla przykładu, na detoks polecany jest sok z kapusty, marchwi i żurawiny albo z buraka, grejpfruta i limonki. Na spalanie tłuszczu  może być jabłko, morela, cynamon lub śliwka, gruszka i figa.



Dlaczego wyciskarka wolnoobrotowa ?

Każdy z nas, wybierając sprzęt kieruje się własnymi kryteriami. Ja ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że przekonało mnie działanie tego urządzenia,  ponieważ miażdży ono owoce czy warzywa  specjalnym wałkiem, wyciskając maksymalną ilość soku. Pozostałość, tzw. pulpa jest sucha. Nic się nie marnuje.
 Urządzenie to jest też wygodne w obsłudze, wrzucam do niego nieobrane owoce ( poza cytrusami) lub warzywa  (np.pietruszkę, buraka, marchewkę). Mniejszych nie kroję, jedynie jabłko, wyrzucam też jego "ogonek".

Jedyną niedogodnością sprzętu jest jego mycie. Trzeba wszystkie elementy rozmontować i umyć szczotką.  W zlewie robi się wielka pulpa....
Cóż, nic nie jest doskonałe... ale i tak mniej z tym kłopotu niż dawniej z sokowirówkami.

Pamiętam  czasy, kiedy będąc małą dziewczynką w głębokim  PRLu, piłam sok marchwiowy z domowej sokowirówki. Roboty przy tym było sporo, obieranie kilogramów marchwi, wyciskanie, które zawsze chlapało sokiem po ścianie, a potem mycie... Podziwiam moją mamę, że chciało jej się to robić.... dużo pracy, a efektu mało.




Obecnie rynek jest przebogaty w różne sprzęty AGD. Każdy znajdzie coś dla siebie.
 Polecam picie soków z wyciskarki wolnoobrotowej, bo jest to na prawdę pyszne doświadczenie 😊 i dla dzieci świetna zabawa, kiedy mogą je zrobić razem ze mną !

Na zdjęciach przykładowe moje soczki....

niedziela, 8 stycznia 2017

zimowe refleksje

Jak to miło zobaczyć śnieg za oknem! Taki biały, miękki i puszysty. Kiedy wszystko przykryte jest ciepłą czapą.  Świat zmienia się jak z bajki!


Cieszą się nie tylko dzieci, bo na Pomorzu śniegu zwykle mało, więcej potem pośniegowego błota, w którym grzęzną buty, auta i wózki dziecięce.

Nie wiem, czemu media tak rozgłaszają alerty o śniegu. W końcu styczeń, można się zimy spodziewać i podobno w tym roku, o dziwo, nie zaskoczyła drogowców...
No, ale trąbić o czymś trzeba, śnieg też dobry temat.
Nasunęło mi się kilka  zimowych refleksji...




Pamiętam zimę, kiedy pracowałam w jednym z pomorskich dzienników. Śnieg w styczniu czy lutym to była prawdziwa sensacja! Oczywiście trudności w odpaleniu auta rano, potem w dojazdach do pracy, szkół, odwołane lekcje, itp... taki zimowy standard, ale pisać trzeba było, na pierwszych stronach kilku numerów.  Aż do znudzenia.

Jednak ostatnie zimy to nie te same, co za czasów, kiedy byłam małą dziewczynką...

Nie mogę osobiście  wspomnieć, bo byłam za mała, zimy stulecia z przełomu 1978 i 79 roku, ale słyszałam o niej wiele opowieści. O zaspach, bardzo niskiej temperaturze, totalnym paraliżu w mieście. Przez tydzień u nas zagościła Kraina Lodu.
Teraz można z sentymentem zajrzeć do archiwum i pooglądać zdjęcia. Zasypane żuki, wartburgi i syrenki. Ludzie w kożuchach, okutani po uszy, w czynie społecznym wspólnie odśnieżali ulice miasta, brodząc w śniegu po pas.  Przy eskorcie panów w mundurach z napisem MO. Cóż... Jakie czasy, taka zima ;)!

Pamiętam za to zimy z lat podstawówki. Białe, mroźne i długie.




Pamiętam pięknie oszronione szyby w oknach oraz ten dźwięk trzaskania " mrozu" pod butami, kiedy szło się po ośnieżonych chodnikach. I te rumieńce na policzkach, które potem szczypały. Chłód w mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Pozasłaniane kocami okna i parapety. Czasem nie wiadomo było, czy jest już jasno za oknem, bo w pokoju panował półmrok.

Jednak dzieciom nie trzeba wiele do szczęścia. Śnieg jest, snaki są, więc jazda z górki. W moim rodzinnym mieście były dwie popularne górki. Tam spotykały się dzieciaki z całego miasta. Jedna, obok CPNu, niezbyt wysoka, kończyła się korytem rzeki.

 Druga, tzw. " Francuska górka", bo  podobno uspyana na miejscu cmentarza żołnierzy napoleońskich zmarłych na cholerę. Wysoka, stroma z długim zjazdem. We mnie zwykle budziła lęk.
Trzeba było daleko iść po ty, by kilka razy zjechać. No i oczywiście pod nią się wdrapać...

W liceum kiedyś z powodu mrozu nie odbyły się lekcje. To był cudowny prezent od Królowej Śniegu!

Na sylwestra w koncówce lat 90- tych brałam udział w Europejskich Dniach Młodzieży wspólnoty braci z Taize, które odbywały się akurat we Wrocławiu. Zimno było jak cholera! Rano minus trzydzieści. Zamarzało w nosie, na rzęsach i brwiach pojawiał się szron zaraz po wyjściu na dwór. Ubrani we wszystkie zabrane ze sobą ciuchy byliśmy przez trzy dni i noce, bo nikt nie odważył się przebrać w piżamę,  w domu też było zimno, może z 16-18 st.

Mieszkałam z grupką młodzieży w Oleśnicy. Pamiętam do dziś ten mróz o świcie, bo trzeba było iść do autobusu pamiętającego czasy głębokiego PRLu ( ogórka) i nim dojechać, a raczej dotrząść się do Wrocławia. Jednak atmosfera była na tyle gorąca, że ten chłód nam nie przeszkadzał.


Mając takie doświadczenia mróz max. kilkunastostopniowy na Pomorzu nie jest mi groźny. A dzieci mają powód do wydarcia z domu i prawdziwego białego szaleństwa. Szkoda, że nie było go na święta. Moje dzieci nie znają " white christmas", bo u nas w wigilię od kilku lat zielono. Rok temu było kilkanaście stopni...

Ale wróćmy do mrozu.
Są też tacy, którym temperatury nie przeszkadzają i zimą kąpią się w morzu. Wczoraj widziałam grupkę Morsów, brykających wśród fal. Podziwiam! Ja bym umarła po sekundzie...

W tym miejscu nasuwa mi się wspomnienie książki Gustawa Herlinga Grudzińskiego Inny świat albo  Aleksandra Sołżenicyna Archipelag gułag o tragicznym losie ludzi zesłanych na Syberię, gdzie panowały mrozy do  minus pięćdziesiąt stopni. A więźniowie, zesłani w lichym odzieniu zaganiani do pracy na powietrzu, umierali z wychłodzenia, odmrażając sobie po kolei części ciała.  Człowiek, trzcina myśląca. Jak łatwo go skruszyć....Dziś też zamarzają zwierzęta i  bezdomni,  choć temperatury w Polsce znacznie łagodniejsze niż na Syberii. Pani Zima bywa okrutna. Fajnie ją oglądać zza okna ciepłego pokoju, w którym unosi się aromat kawy...




Póki mogę, cieszę się z tego śniegu. Za kilka dni, tygodni już może być szara breja, której nikt nie lubi, a niestety ona najdłużej z nami pozostaje. Ale dobrze, że zima jest tylko raz w roku...







czwartek, 5 stycznia 2017

rozstania i powroty





Żegnając przyjaciela nie płacz, ponieważ jego nieobecność ukaże ci to, co najbardziej w nim kochasz..." Khalil Gibran



Aforyzm Gibrana ma wielką moc. Doświadcza się jej właśnie w tęsknocie i braku, a nie  w bliskości drugiej osoby.
Tak, jakby wraz z brakiem bliskiej nam osoby, wypełniała nas jakaś inna rzeczywistość. Może wspomnień, fotografii, dźwięku mowy... Mamy jednakże tę pewność, że ten ktoś powróci i znów rozbrzmi jego obecność w naszych sercach, dłoniach czy  ścianach.

Prawdopodobnie każdy z nas doświadczył kiedyś pożegnania. Nie mówię o tym już nieodwracalnym, ale o dłuższej podróży, wyjeździe na studia, do pracy za granicę.
Prawdopodobnie każdy więc zna to uczucie, najpierw lekkiego poddenerwowania, żeby zdążyć na lotnisko, żeby zapakować  jeszcze cichaczem do torby podręcznej kanapkę... Droga na lotnisko.  Kolejka do odprawy. Jeszcze kilka ważnych informacji...A potem ten moment. Przełom, rozłam, przejście każdego na drugą stronę samotności.. 

Pożegnalny całus, uścisk, głębokie spojrzenie w oczy, bo chciałoby się jeszcze tyle powiedzieć, a już czasu nie ma.. więc tylko lekki uśmiech, pomachanie łapką... I bliska osoba znika nam z oczu za szybą lub w wagonie odjeżdżającego pociągu. Aż nie można w to uwierzyć, bo przecież jeszcze chwilę temu była, jeszcze czuć jej zapach w aucie.




Pożegnanie to taka dziwna chwila.
Zawsze, kiedy odprowadzam M na lotnisko, chcę się nachapać atmosfery podróży. Chciwie słucham obcokrajowców, oglądam reklamy i wystawy sklepowe. Chcę poczuć i podzielić z moim M trochę z tego wielkiego świata, do którego on często, ja rzadko (dla równowagi) dołączam. 


A potem powrót do auta i droga z lotniska do zwykłej codzienności. Dziś dość śnieżnej i zawianej. Do dzieci, pracy, obowiązków.

Niby wszystko normalnie, tylko w przedpokoju stoją puste Jego kapcie, niedopita w pośpiechu herbata...
Lecz nic to! Bo jak mawiał ks. Twardowski, przecież nieobecni są najbliżej... 

Za jakiś czas M  wróci i znów będzie  zmiana trybu życia z B na A.

Wszystkim podróżującym życzę szczęśliwych powrotów.

A czekającym radosnego oczekiwania :)








czwartek, 22 grudnia 2016

święta, święta, święta...

Święta, święta... zbliżają się wielkimi krokami.
Każdy o nich mówi, pisze, śpiewa... taki niezwykły czas.


Dla jednych to Boże Narodzenie, dla innych wakacje. Każdy na swój sposób przeżywać będzie nadchodzące dni.
Na pytanie, z czym kojarzą ci się święta, prawdopodobnie odpowiedzi usłyszelibyśmy różne.




Kiedy byłam małą dziewczynką, w głębokim PRLu na święta "rzucali" do sklepów pomarańcze, kawę i rajstopy... kolejki były ogromne, całe rodziny stały i jak się dało, obracały w kolejce kilka razy.






I dla mnie święta to właśnie zapach tych wystanych w kolejce  pomarańczy, kawy i orzechów włoskich oraz pastowanej podłogi. ( Dziś mogłabym więc obchodzić święta co dzień :)  poza pastowaniem podłogi).
 Prawdziwej choinki,kupionej w Nadleśnictwie, która zaczynała się sypać już w pierwsze święto, ale była zawsze najpiękniejsza na świecie.

Wspólna wieczerza, opłatek, barszcz z pierogami i kompot z suszonych owoców.  A potem śpiewanie kolęd i najbardziej wyczekiwany przez dziecko moment, czyli prezenty pod choinką ...

W PRLu mówiło się, że od Gwiazdora. Nigdy nie zdążyłam go zobaczyć! Zawsze przychodził, kiedy akurat zawołana przez kogoś, wyszłam z pokoju. Dziś wiem, dlaczego, wtedy naprawdę było mi żal...
W święta mogłam też oglądać telewizję, te dwa kanały, które nadawały filmy produkcji radzieckiej, a czasem bajki, jak np. Wilk i Zając. Pełnia szczęścia !




Dlaczego o tym piszę? Chyba jeszcze nie dlatego, że jestem taka stara i żyję przeszłością :) Ale dlatego, że w święta ożywają wspomnienia z rodzinnego domu...

Moje dzieci dziś też czekają na święta. Piszą listy do św. Mikołaja o najdroższe zestawy klocków albo figurki Star Wars. Pomarańcze i orzechy mają na co dzień, bajki w tv dostępne na okrągło.
Co łączy święta z mojego dzieciństwa ze świętami moich dzieci? Co pozostaje wspólne dla pokoleń? Myślę, że to, co najważniejsze. Tradycja. Choinka, wieczerza, opłatek , barszcz i pierogi i śpiewanie kolęd. I choć okoliczności przyrody bywają zmienne, te elementy wspólne pozostaną...




Życzę Wam, aby te święta były dla Was szczególne,  bogate w przeżycia duchowe ( jeśli jesteście wierzący), pełne dobra, pokoju serca i miłości...:)


wtorek, 20 grudnia 2016

Książka, która urzeka..

Jak obiecałam w ostatnim poście na temat książek mojego dzieciństwa, dziś chcę Wam przedstawić książkę, która urzekła nie tylko moich synów, ale i mnie.

 A właściwie najpierw mnie, bo ja znalazłam ją na półce pośród licznych  kolorowych tytułów dla dzieci. Wiecie, że niełatwo zachwycam się książkami dla dzieci, gdyż czasem mają tylko piękną okładkę, lecz banalną treść.
Nie kupuję też książek reklamowanych. Wolę na własną rękę poszukiwać literackich perełek. I właśnie historia Tappiego, bo o nim mowa, była takim odkryciem.
Dlaczego właśnie ją wybrałam spośród innych bajek? Hmm, do końca nie wiem. Marketingowcy niech się tym zajmują. 
Mnie zauroczyła okładka, na której widnieje uśmiechnięty wiking i jego mały przyjaciel, renifer. Twarda oprawa, wysokiej jakości papier, przejrzysta czcionka i jak się potem okazało, świetna historia.






 Zaczęliśmy czytanie tej serii od Podróży Tappiego po Szumiących Morzach.  Codzienne czytanie jednego rozdziału szybko weszło nam w krew, a ponieważ ta część ma tylko rozdziałów dziewięć, szybko trzeba było poszukiwać następnych.






O czym jest ta historia? O zaskakująco dobrym Wikingu, Tappim, który mieszka w Szepczącym Lesie, w swojej Chacie i wraz z przyjaciółmi pomaga innym, rozwiązując ich kłopoty. a przy tym przeżywa niesamowite przygody i poznaje nowych przyjaciół.  Powieść napisana starannym językiem,  w ciepłym, lekko żartobliwym tonie, z łagodną nutką refleksji.

Idealna książka dla małych chłopców, ale sądzę, że może zaciekawić również ciekawe przygód dziewczynki.






Na stronie wydawnictwa można znaleźć opis do jednej z części:

Czy znasz już wikinga Tappiego i mieszkańców Szumiącego Lasu? 
Wiking Tappi kocha Szepczący Las i swoich przyjaciół. Ale od ostatniej przygody w Lodowej Zatoce marzy wciąż o dalekich podróżach. Buduje więc z przyjaciółmi okręt i razem z Chichotkiem rusza na wyprawę po Szumiących Morzach.
Na morzu spotyka ich wiele niesamowitych przygód. Poznają też nowych przyjaciół, choćby trolla Burczka, wieloryba Zadumka, olbrzyma Głazka i elfkę Świetliczkę. Na ich drodze staje także zły czarodziej Torgul oraz olbrzymi smok Naburmulak. Wtedy robi się odrobinę groźnie. 

Na szczęście jednak Tappi ma wielkie serce i wielu przyjaciół, dzięki którym z każdej opresji wychodzi cało.






Z serii ukazały się następujące tytuły:

1. Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu
2. Podróże Tappiego po Szumiących Morzach
3.Wędrówki Tappiego po Mruczących Górach
4.Tarapaty Tappiego w Magicznym Ogrodzie
5. Wyprawa Tappiego na Ognistą Wyspę







Autor: Marcin Mortka
Data wydania: 2016 
EAN: 9788379837281
Format: 165x215 
Oprawa: Twarda 
Liczba stron: 184 
Wiek czytelnika: 6-8 lat 
Seria: TAPPI
Ilustrowała: Marta Kurczewska

Wydane zostały również pojedyncze historie Tappiego, w większym formacie oraz książka z grą.
Jeszcze jej nie testowałam, ale liczę na równie wysoką jakość zarówno merytoryczną jak i graficzną.

Nie muszę dodawać, że czekamy na kolejną część i liczymy, że wkrótce się ukaże!
Szczerze mogę polecić tę serię książek Waszym dzieciom. :)




Zapraszam na warsztaty bajkowe IMPROBAJA
https://bajkogrod.blogspot.com/p/blog-page_21.html

środa, 14 grudnia 2016

Przedświąteczne zakupy Matki Polki...

Kamila Posobkiewicz 



Nie jest łatwo być chwilowo samotną Matką Polką, która chce przygotować coś na święta. Pomyślałam, że czas poszukać jakichś prezentów, bo w rodzinie dzieci sporo, a Mikołaj przecież do wszystkich przybyć nie zdąży. 



Korzystając z tego, że do południa mam pomoc przy dziecku, wyrwałam do galerii niczym zerwana z łańcucha. Wsiadłam do auta i popędziłam do s...ka, bo tam rabaty świąteczne. 

Kiedy już wreszcie zaparkowałam  ( na chodniku, bo nie było nigdzie miejsca ), wbiegłam  do galerii z duszą na ramieniu, bo może nie zauważyłam zakazu parkowania i wróciwszy zastanę niespodziankę na kole? Taka prywatna schiza kobiety kierowcy.

 Mam czas bardzo ograniczony, półtorej godziny. Galeria się rozrasta.  Tam, gdzie do tej pory był s..k, jest inny sklep. Jak mogli mi to zrobić?!  Gdzie mam teraz go szukać ? Schodzę do informacji, czas leci... Sklep jest, ale z drugiej strony, na górze. No dobrze, szukam.




 Zapachniała mi kawa i choć zwykle jej nie piję, dziś jestem nieprzytomna po kolejnej  nieprzespanej nocy, więc idę po kawę na wynos. Pani nie ma wydać z 50 zł, koleżanka  pani idzie rozmienić. To może zrezygnuję, czas leci... dziecko pewnie się już obudziło i krzyczy... Jest pani, wydaje resztę, długo liczy. No dobrze, czekam na kawę. Pani czyści ekspress, coś nalewa, coś wsypuje, kawy nie ma, czas leci... No też zachciało mi się kawy! O jest! Pachnie cuuuudnie! Macciato. Oj,gorąca ta kawa, pić się nie da! Idę dalej, parząc rękę o gorący kubeczek...

 Widzę cel wyprawy, sklep s..k ,no ale co ja teraz z ta kawą mam zrobić!?
 Wypijam kilka łyków, parząc sobie gardło. Po co mi była ta kawa? Przecież i tak nie pomoże mi w niewyspaniu.

Jestem w sklepie, ogromny! Wszędzie wiszą rabaty do - 50%. Ludzi sporo jak na wczesną porę. Zostało mi z 50 minut. Muszę wybrać! Ale właściwie, po co tu przyszłam? Zerwałam się z łańcucha i kompletnie oszołomiona nie potrafię sobie poradzić w wyborze.
 Kawa stygnie, ale mi robi się gorąco. Rabaty wiszą nad głową, wybieramy więc ubranko. Pani mówi, że na to akurat rabatu nie ma... Jak to nie ma ? Przecież miało być na ubrania i buty. Tak, ale na to nie ma.. 
No to buty, śniegowce dla starszaka. Są. Fajne, rabat też. Otwieram kartonik z odpowiednim rozmiarem, o jest jeden but! Drugiego nie ma... Pani nie wie,dlaczego. 







Zostało pół godziny, samochód być może ma kapcia na kole, a dziecko pewnie wrzeszczy, buta nie ma. Pani zniknęła...Pięknie!


No to może LEGO? Duże, fajne, ale dla chłopców, a ja chcę dla dziewczynek.

Pani wróciła z drugim butem, ok biorę !Rabat jest! Wszystko jest!

 Śniegowce są, śniegu nie ma...

Wyskakuję z galerii. Pędzę do samochodu, modląc się, żeby nie było mandatu. 
Nie ma, uff... 
Samochód zastawiony dostawczakiem, nie mogę wyjechać...
 Zostało 10 minut
Utknęłam... 

Dostawczak wyjechał, już mogę się ruszyć. 
Jak stąd wyjechać? Zakaz skrętu w prawo.
Gdzie jestem? Kocie łby, trzęsie.. 
Światła, oczywiście czerwone, ze trzy razy...

Jestem spóźniona, będę płacić nadgodziny.

Wpadam zdyszana do domu.
 Synek nie śpi od godziny, chyba się obraził, bo się nie uśmiecha do mnie. Woli być na rękach u niani..

Zakupów nie koniec, trzeba będzie powtórzyć akcję, ale dopiero w przyszłym tygodniu, bo muszę ochłonąć...

niedziela, 11 grudnia 2016

Książki mojego dzieciństwa...

Kamila Posobkiewicz


Przeważająca część  tzw.'literatury dziecięcej' stara się albo bawić albo pouczać, albo łączyć naukę z zabawą. Lecz większość tych książek ma treść płytką, że nie dają one nic istotnego. Zdobywanie sprawności takiej jak umiejętność czytania, staje się bezwartościowe, jeżeli poznawane dzięki niej treści nie wnoszą nic ważnego do naszego życia. 

( B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne)


Czytając lekturę Cudownych i pożytecznych natrafiłam na fragment, który skłonił mnie do refleksji na temat literatury dziecięcej. Jest mi ona bliska nie tylko dlatego, że jestem jej użytkownikiem jako matka, ale również używam jej w pracy zawodowej, nawet sama próbuję stworzyć własną bajkę, którą być może mieliście już okazję poznać na moim drugim blogu, Bajkogrodzie.


Trudno nie zgodzić się z autorem Cudownych i pożytecznych, amerykańskim psychologiem dziecięcym, który poświęcił niemal całe swoje życie na badanie i terapię dzieci.

Obecnie książek dla dzieci w księgarniach jest ogromna ilość. Do działu z literaturą dziecięcą kieruję zwykle swoje pierwsze kroki, gdyż zauroczyły mnie kolorowe, piękne wydania, z atrakcyjnymi ilustracjami, w twardej oprawie. Nic, tylko pochłonąć je wzrokiem!

 No i często ( nie mówię, że zawsze!) mój zachwyt nad danym tytułem na tym się kończy, gdyż treść jest tak infantylna, że nawet dzieci nie chcą jej słuchać. Nie wspominając już nawet o języku, często zbyt prostym i ubogim, z błędami, który na pewno nie będzie dobrym wzorcem dla naszych pociech. Niestety.

Dawno temu, kiedy byłam małą dziewczynką, w czasach kwitnącego PRLu nie było tak kolorowo na półkach księgarskich. Tomy bajek dla dzieci raczej nie oszałamiały estetyką, w ponurych niekiedy barwach, z szarymi słabej jakości kartkami. Natomiast przyciągały treścią i oczywiście nazwiskiem autora.
Nie twierdzę, że tamte czasy były lepsze. Były inne. Wybór mieliśmy znacznie bardziej ograniczony.  Ale być może właśnie dlatego pamiętam treść tych książek do dziś. Ba, nawet zachowałam niektóre egzemplarze na pamiątkę, dla moich dzieci.:)

Być może również niektórzy z Was czytali te książki, więc wiedzą o czym mówię.
Książką, którą zawsze będę polecać, dla dziewczynek i chłopców jest bajka Ireny Jurgielewiczowej, Jak jeden malarz chciał namalować szczęśliwego motyla.


Jest to przepiękna opowieść o przyjaźni małej dziewczynki i jej sąsiada, artysty malarza, który chciał zrobić jej prezent na imieniny. Postanowił namalować Hani "coś szczęśliwego".


- Namaluję ci szczęśliwego motyla- powiedział malarz.
- Dobrze, a potrafisz?- zapytała Hania
- Naturalnie! Szczęśliwy motyl to nic trudnego.
- Ale naprawdę musi być szczęśliwy!- zastrzegła się Hania (...)


Zadanie to często przerastało malarza, gdyż motyl z obrazka ożywał i rozmawiał z twórcą, zazwyczaj ujawniając swoje niezadowolenie..Na szczęście po wielu próbach znalazło się rozwiązanie i motyl poczuł się szczęśliwy, a zarazem wszyscy. Do szczęścia potrzebny mu był drugi motyl...


Ot, prosta historia, miejscami przypominająca Małego Księcia, a jakże wzruszająca i pouczająca.
Książka wznawiana, można ją znaleźć w księgarniach, szczerze polecam.




Drugą bajką z mojego dzieciństwa, którą zachowałam w sercu do dziś jest książka Joanny Papuzińskiej, Nasza mama czarodziejka. Jest to zbiór różnych ciepłych opowiadań, w których główną rolę odgrywa tytułowa mama. Nie była zwykłą mamą, miała bowiem magiczną moc i pomagając np. zreperować księżyc, obronić statek przed burzą , czy uratować dzwonnicę w oczach dzieci stawała się  pomysłową super mamą, z której każde dziecko byłoby dumne.

Opisywana mama bawi się z dziećmi, oddając im swój czas i arsenał pomysłów. Dzięki mamie czarodziejce dzieciństwo chłopców jest pełne przygód i wypełnione miłością. Dla każdego małego dziecka mama to najważniejsza osoba, która umie zrobić wszystko. Zawsze pomaga oraz potrafi zaczarować zwykłe rzeczy. Jednym słowem to czarodziejka. Zapewne większość małych czytelników utożsami ją ze swoją mamą.


 Również książka wznawiana i godna polecenia.




Bajek  mojego dzieciństwa jest więcej, ale do recenzji wybrałam te, które najbardziej mi się podobały i które dziś można znaleźć w księgarniach. 
Zbliżają się  święta, według mnie książka to zawsze dobry prezent, na każdą okazję. Również, a może zwłaszcza pod choinkę. Tylko pamiętajcie, aby książka, którą kupicie, miała nie tylko piękną okładkę, ale i była bogata w interesującą treść, by wniosła coś do życia Waszych dzieci.


W następnym artykule będzie coś o współczesnych bajkach, które podbiły serce moje i moich synów... zapraszam :)




Zapraszam na warsztaty bajkowe IMPROBAJA